Jest rok 2012, sześcioletnia Marta, najmłodsza z czworga rodzeństwa śpiewającego w kapeli „Piyrogi łomnicońskie” ma problem, zastanawia ją: Kto będzie kierownikiem kapeli, gdy umrze pani Monika? Kiedy mi jej mama, Agnieszka o tych rozterkach opowiedziała zrozumiałam, że Marta jest nieprzeciętną osobą, która swoim życiem będzie przełamywać schematy. I tak też się stało. Marta Fiedor małymi krokami, poprzez mrówczą pracę, wychodzi z zapyziałego środowiska na salony kultury.
Marto, mieszkasz w Łomnicy Zdroju i pierwsze wokalne kroki stawiałaś w góralskiej kapeli, co muzycznie robisz teraz?
Przede wszystkim to się uczę. Jestem w klasie śpiewu klasycznego w Państwowej Szkole Muzycznej II stopnia w Nowym Sączu. Studiuję też muzykoterapię w Pomorskiej Wyższej Szkole w Starogardzie Gdańskim.
Nauka to nie jedyna twoja działalność muzyczna?
Nie, od kilku lat współpracuję z Agatą Kuliś, można powiedzieć że jestem jej asystentką. Są to działania powadzone w ramach Bostonova Music Center. Czyli warsztaty dla dzieci i młodzieży, które mają na celu rozbudzanie zamiłowania do muzyki i zainteresowania nauką śpiewu.
Gdzie odbywają się takie warsztaty?
W całej Polsce, ale jeździmy też za granicę. Mieliśmy warsztaty we Włoszech, Bułgarii, Chorwacji, we Francji. Na koniec takich warsztatów zawsze organizujemy koncerty, więc jest to zawsze duże wydarzenie dla ich uczestników.
Czy te zajęcia to tylko sposób na zarobienie pieniędzy na czesne?
Ja na tych wydarzeniach mam podwójną funkcję: jestem uczestnikiem zajęć ale i też ich organizatorem. Mogę więc sprawdzić się w roli animatora kultury. Co więcej, bardzo dużo uczę się podglądając jak zajęcia wokalne prowadzi Agata Kuliś, więc to nie tylko kasa, ale zdobywanie doświadczenia.
Jaką rolę w Twoim życiu pełni nauczyciel?
Nauczyciel jest osobą od której mogę się czegoś nauczyć. Ja od swoich nauczycieli czerpię bardzo dużo i uważam ich za mistrzów. Patrząc na to co w swoim życiu osiągnęli, z czym się zmierzyli i jaką wiedzą dysponują, darzę ich szacunkiem. Wiem, że watro u swojego boku mieć mentora, który może coś podpowiedzieć, który dzieli się swoim doświadczeniem.
W szkole muzycznej, kto jest twoim nauczycielem?
Pani dr Anna Wilk, którą podziwiam całym sercem. Jest bardzo doświadczonym pedagogiem, uczy u nas w szkole, ale też na Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. Wiedza jaką dysponuje i jaką mi przekazuje, jest dla mnie bardzo ważna. Staram się do siebie brać wszystkie jej uwagi. Dla mnie to jest nie tylko osoba kształtująca technikę śpiewu, ale też mentor, mistrz. Osoba, która mnie wspiera, kształtuje moją artystyczną drogę. Bardzo się cieszę, że trafiłam na tę nauczycielkę.
A dyskutujesz czasem z nauczycielem, czy uważasz że ich autorytet jest niepodważalny?
Jeżeli chodzi o szkołę muzyczną to nigdy nie upieram się przy swoim zdaniu. Zawsze słucham nauczyciela, wiem że ma większą wiedzę i że ja tak naprawdę to dopiero się uczę, wiec dla mnie dyskutowanie z nauczycielem nie ma sensu, bo ja tej wiedzy jeszcze nie mam. Zaś gdy chodzi o rozrywkę, to różnie to bywało. Często się upierałam, przy swojej interpretacji utworu. Zależy to od gatunku muzyki.
A czy wiesz już jakiemu gatunkowi muzyki chcesz się poświęcić?
Na razie plan mam taki, że skończę szkołę muzyczną i będę próbować dostać się na wydział wokalno-aktorski Akademii Muzycznej. Chciałabym też w przyszłości uczyć dzieci, dawać im takie wparcie jakie mi dawano, dlatego podjęłam studia muzykoterapii. Ale przede wszystkim widzę siebie na scenie.
A jaka to ma być scena?
Widzę siebie na deskach opery. Na przestrzeni ostatnich lat moje preferencje muzyczne bardzo się zmieniły. Zawsze myślałam, że rozrywka jest dla mnie najważniejsza i że to najbardziej w życiu lubię robić, ale kiedy trafiłam do szkoły muzycznej, to tak naprawdę poznałam też inną muzykę, zaczęłam się otaczać innymi ludźmi, wiec będę pracować nad tym żeby stanąć na deskach opery.
Czyli to jest pewna droga od muzyki popowej do klasycznej. Co takiego się wydarzyło na niej, że tak zmieniły Ci się preferencje? Wiele osób kończy szkołę muzyczną, a mentalnie i estetycznie pozostaje na poziomie muzyki biesiadnej, nigdy nie dojrzewa do muzyki klasycznej.
Na początku mojej muzycznej drogi jeździłam na warsztaty wokalne – nie chodziłam jeszcze do szkoły muzycznej – poznałam wówczas Agatę Kuliś. Ona często mówiła nam, że śpiewanie na weselach, festynach do droga donikąd. Zaczęłam o tym myśleć, i zgadzam się z tym. Jest dobry zarobek, ale nie wiąże się to z żadnym rozwojem osobistym.
Do szkoły muzycznej trafiłaś od razu na II stopień, więc pewnie nie było ci łatwo?
Tak, początki w szkole muzycznej były bardzo trudne. Myślałam, że ja nic nie będę robić z klasyką, że to nie jest dla mnie. Z czasem, jak zaczęło mi wychodzić śpiewanie utworów klasycznych, zaczęłam też rozumieć ten rodzaj muzyki, dostrzegać jej bogactwo, nieoczywistość i odnajdować przyjemność w jej wykonywaniu. Nie ukrywam, że też znudziły mi się utwory rozrywkowe, gdzie większość osób śpiewa to samo i w ten sam sposób. Muzyka klasyczna jest „taka inna”. Nie każdy z ulicy jest w stanie zaśpiewać arię operową. Tego naprawdę się trzeba nauczyć. Tam nie ma miejsca na improwizację, zmyślanie. Aria, którą śpiewam, to element większej części jaką jest opera. To musi być wykonane dobrze, i to mi wpoiła moja nauczycielka. Też ta trudność mi imponuje i pociąga w muzyce klasycznej.
Kto zasugerował ci edukację w szkole muzycznej?
Agata Kuliś, moja pierwsza nauczycielka śpiewu, którą poznałam na warsztatach wokalnych i z którą współpracuję już kilka lat. To ona mi uświadomiła, że w muzyce wokalnej ważna jest nie tylko techniczna umiejętność wydobywania głosem dźwięków, ale też podstawa teoretyczna tej umiejętności. Wskazała mi też i to, że sam fakt legitymizowania się wykształceniem muzycznym może mieć duży wpływ na moją przyszłość. Jestem jej wdzięczna za ukierunkowanie mojej ścieżki rozwoju.
Jesteś w stanie podać jakiś prosty przykład użyteczności znajomości teorii muzyki?
Tak, na przykład znajomość języka muzycznego ułatwia komunikację podczas zajęć muzycznych jakie czasami prowadzę. Mogę dzieciom powiedzieć, że wymawiamy spółgłoskę f w ósemkach albo półnutach, mam też narzędzia do tego, by ująć w słowa rytmy jakie wyklaskujemy.
Czy każdy jest się w stanie nauczyć śpiewać „operowo”?
Duże znaczenie mają tu predyspozycje. Są osoby, które są tak uwarunkowane biologicznie, że nie są w stanie wydobyć pewnych dźwięków, mają typ głosu, który nie sprawdzi się w operze.
Dużo musiałaś ćwiczyć by brzmieć operowo?
Tak, były nawet takie lekcje z których wychodziłam z płaczem. Nie wszystko przychodziło mi łatwo, taki śpiew jest bardzo wymagający. Trzeba dużo ćwiczyć, tak jak to robią instrumentaliści, bez tego nic się nie osiągnie. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że dziś jestem ogromnie wdzięczna że moja nauczycielka mnie „tak cisnęła” (śmiech).

Jak uczysz się jakiegoś utworu, to słuchasz innych artystów?
Tak, nawet na początku uczyłam się z nagrań, za co dostałam burę od pani Anny Wilk. Bo absolutnie tak nie można robić, uczyć trzeba się z nut. Można słuchać sobie różnych wykonać, ale tylko po to, by zapoznać się z tym jak dany śpiewak zinterpretował utwór. Ważne jest to, żeby nie imitować innych artystów, ale szukać własnej drogi wykonawczej, odpowiadającej naszemu głosowi i naszej osobowości.
Wyjście na scenę wiąże się też z wystawieniem się na krytykę. Jak sobie z tym radzisz?
To zależy od tego z czyich ust ta krytyka płynie. Jeżeli to jest od osób, które znają się na muzyce, z których doświadczenia mogę czerpać, to wszelkie uwagi biorę do siebie. Krytyką ze strony rówieśników, osób postronnych nie bardzo się przejmuję. Gdybym miała się załamywać przez krytykę, to nie było by mnie w tym miejscu w którym jestem. Wiem co potrafię, a czego nie, i na tym się skupiam. Mam swoich mentorów, do ich uwag mam zaufanie, to oni kształtują mnie jako muzyka, więc nad tym co oni mi mówią – pracuję.
Masz jakąś ulubioną arię, operę?
Tak, bardzo lubię twórczość Mozarta. Szczególnie ujęła mnie aria koncertowa “Vado ma dove i Deh vieni non tardar” z opery „Wesele Figara”. To są trudne utwory, ale bardzo je lubię.
A wybór utworów, to jest twoja decyzja czy nauczyciela?
Przeważnie utwory wybiera mi nauczyciel, ale myślę że w przypadku dyplomu, wyboru dokonamy wspólnie.
A jak patrzysz na to gdy widzisz, że osoby z klasycznym wykształceniem muzycznym grają muzykę disco polo czy biesiadną?
Każdy sobie wybiera własną ścieżkę i robi tak jak uważa. Ja osobiście nie chcę takiej muzyki śpiewać. Z muzyką góralską jestem związana od dziecka, ale muzyka ludowa nie jest muzyką disco polo, więc ja nie wyobrażam sobie siebie w takiej roli, że jednego dnia będę wykonywać repertuar operowy, a drugiego idę śpiewać szlagiery biesiadne.
Na koniec naszej rozmowy, chciałabyś coś powiedzieć od siebie.
Może chciałabym powiedzieć młodym osobom, które dopiero zaczynają robić coś z muzyką, aby nigdy się nie poddawały, żeby nie dążyły do tego, że od razu muszą być najlepszymi. Tylko by pamiętały, że muszą przejść jakąś drogę żeby później było lepiej. Na tej drodze nie zawsze będzie łatwo, ale żeby w życiu coś osiągnąć to trzeba się mierzyć z trudnościami.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Monika B. Florek

